Nieautoryzowany zapis konferencji prasowej, która miała miejsce z okazji premiery „Empireum” w dniu 7 listopada 2003 r.  

Odbyła się ona w podziemiu warszawskiego „Empiku” (konferencja, nie premiera) z udziałem ok. 30 osób, w tym czterech ciekawskich czytelników (Beaty, Atoma, Gepparda i mnie).
Pan Waldemar ubrany był w dżinsy (koloru klasycznego – ciemnoniebieskie), ciemnostalową marynarkę, koszula pod kolor reszty, rozpięta pod szyją (krawat i okulary miały wolne), na nogach wzute – standard – jasne mokasyny.
Konferencję rozpoczęła przedstawicielka wydawcy, niestety pamiętam tylko jej inicjały: M.W. (Geppard zapamiętał imię Małgorzata). Za wszelkie ewentualne błędy odpowiadam ja, czyli Grzech.

Oto nagranie:

M.W. – Dzień dobry Państwu. Bardzo przepraszamy za opóźnienie. Serdecznie zapraszam może bliżej, bo miejsca jest dość. Po spotkaniu... tam jest taki specjalny stolik, na którym są różne smaczne rzeczy do wypicia i do zjedzenia.
Witam Państwa serdecznie na konferencji prasowej zorganizowanej z okazji premiery książki Waldemara Łysiaka pod tytułem „Empireum”. Dzisiaj przypadkiem zdałam sobie sprawę z tego, że troszeczkę niestosowne jest to, że ja prowadzę to spotkanie. Przejrzałam uważnie Pańską książkę, ona się dopiero ukazała, więc, niestety, podobnie jak państwo, nie miałam możliwości dokładnie jej przeczytać, natomiast znalazłam w niej taką informację, iż guru ludzi zajmujących się bibliofilstwem, którego Waldemar Łysiak najchętniej by kanonizował, zaliczał takie osoby jak ja do gatunku „<<dwunożnych zwierząt żądzy cielesnej>>, których bibliofil powinien się <<strzec jako żmiji lub bazyliszka>>” [Pani prowadząca zacytowała fragment z tomu 1. „Empireum”, s. 56 – przyp. G.H.] – i niestety, drogie Panie, to jest o nas mowa.
Pewna kobieta jest największym wrogiem bibliofila. Jak Pan zatem radzi sobie w domu, bo bibliofilem Pan jest?

[Pan Waldemar nie miał w ręku mikrofonu, który był specjalnie dla niego przygotowany; ten leżał na stoliku przed nim. Gdy Pani Małgorzata zadała pytanie, Wilk zaczął odpowiadać, ale bez nagłośnienia, więc rozmówczyni wskazała na wolny mikrofon; Mistrz zapytał, patrząc niezbyt z wyraźną dezaprobatą na metalowego banana. „Ja mam to wziąć?”. Uśmiechnąłem się, bo miałem skojarzenie z jednym z dialogów z „Najlepszego”].

W.Ł. – To, co Pani zacytowała przed chwilą, to są słowa kardynała de Bury, średniowiecznego angielskiego księcia Kościoła, a zdaje się, że to tak zabrzmiało, jakbym to ja pisał.

M.W. – Ale Pan go chce kanonizować.

W.Ł. – A, nie, kanonizować to ja go chcę dlatego, to jest tam napisane, że ten człowiek uczył miłości do książek, pietyzmu, obchodzenia się z książką w sposób troskliwy i czuły. Za to chciałem go kanonizować. Natomiast nie przypominam sobie bym chciał go kanonizować za antyfeminizm. Nic takiego tam z mojej strony nie ma.

M.W. – Czy zgadza się Pan z tą opinią, że kobieta jest istotą niebezpieczną w domu bibliofila? Sam Pan wymienia niewiele kobiet, które w książkach są zakochane, w książkach szczególnych, o których Pan pisze.

W.Ł. – Ja wymieniam takie kobiety, sam znam bibliofilki, chociaż jest ich niewiele. Takie są fakty, że bibliofilstwem, czyli zbieractwem, takim namiętnym, zajmuje się, nie wiem, czy jeden, chyba jeden procent to byłoby za dużo. To dotyczy tak naszej epoki, jak i wszystkich epok, i to jest historia, po prostu fakt historyczny. Po prostu kobiety mają, być może, inne zainteresowania.
Ja zresztą chcę zwrócić uwagę, że nie mówimy o czytelnictwie, to jest coś zupełnie innego. Kobiety... Jeśli chodzi na przykład o czytelnictwo, to ja powiem Pani, że ja wyżej cenię swoje czytelniczki niż swoich czytelników.

M.W. – Dlaczego?

W.Ł. – Dlatego, że mam od nich więcej listów z bardzo śmiałymi uwagami, jakby więcej dostaję dowodów zainteresowania moją literaturą, i to bardzo ciekawych dowodów tego zainteresowania. Tu mówię głównie o listach. Tak że kobiety czytają, i świetnie czytają, jeśli nie lepiej od mężczyzn. Ja nie wiem, czy bym nie zaryzykował takiego stwierdzenia.
Więc tu nie mówimy o problemach poziomu intelektualnego i tak dalej, bo gdybym miał przyznać, nie wiem, palmę pierwszeństwa pod względem intelektualnym, pod względem znajomości rzeczy, czy pewnej wrażliwości na literaturę, et cetera, to bym chyba tę palmę przyznał kobietom. [Tu jedno krótkie niezrozumiałe zdanie; Wilk nie zawsze mówił wprost do mikrofonu] Natomiast czymś zupełnie innym jest zbieractwo. Kobiety nie odczuwają tej namiętności i to jest zupełnie normalne, nie jest to żaden grzech, nie jest to wada, czy coś takiego – po prostu kobiety interesują się czym innym.

M.W. – Pańska najnowsza książka nosi tytuł „Patriotyczne Empireum Bibliofilstwa czyli przewodnik po terenach łowieckich Bibliofilandii tudzież sąsiednich mocarstw”.
Bibliofilstwo to chyba takie najmniej groźne „filstwo”, przynajmniej dla osób trzecich, bo dla samego bibliofila i dla jego najbliższych może być jednak czymś groźnym.
W książce można znaleźć, między innymi portret zabiedzonego bibliofila, który wszystkie pieniądze swoje, wszystkie oszczędności wydał właśnie na książki.

W.Ł. – Proszę Panią, tam jest takie zdanie, w którym ja mówiłem, że wszyscy bibliofile oszukują swoje żony. Wszyscy. Ja daję głowę, nawet ten, który by z krucyfiksem i Biblią w ręku ukląkł i przysiągł, że on nie oszukuje – jako ten jedyny wyjątek – ja mu nie uwierzę, ponieważ znam to środowisko od kilkudziesięciu lat. Sam grzeszyłem w podobny sposób. Każdy bibliofil ukrywa przed żoną autentyczną wysokość wydatków na swoje zbiory. To jest ta maxima culpa domowa, ten główny grzech domowy bibliofilów.
Natomiast te moje żarty, no wie Pani, znane są przypadki z historii wielkich, znanych bibliofilów, którzy doszli do totalnej nędzy. Chociażby biskup Załuski, ten od biblioteki Załuskich, legenda, legenda polskiej kultury, legenda polskich bibliofilów, et cetera. Ten człowiek – o czym ja piszę tam, cytując świadectwa historyczne – głodził się na śmierć nieomal, żeby oszczędzić jeszcze jeden grosz na jakiś ciekawy bibliofilski zakup.

M.W. – Ba, niektórzy się do zbrodni posuwali.

W.Ł. – Zgadza się. Ja takie przypadki opisuję. Zbrodnie, morderstwa z przyczyn bibliofilskich to nie jest, niestety, w historii bibliofilstwa rzadkość.

M.W. – Dla kogo jest zatem ta książka? Pan pisze, że nie dla tych, którzy o bibliofilstwie wiedzą już wszystko.

W.Ł. – No, powiedzmy sobie, że o bibliofilstwie... Wie Pani, zbyt intymnie znam to środowisko w Polsce, właściwie w Europie, no ale mówmy o Polsce. Powiem Pani, że tak naprawdę wszystko w bibliofilstwie... Zacznijmy od tego, że nikt nie wie, nikt nie będzie wiedział... [Tu pada kilka słów, których nie umiem odczytać; Pani Małgorzata coś wtrąciła i wypowiedzi interlokutorów nałożyły się na siebie] ...to nie o to chodzi. Po prostu jest niemożliwe, jedno, dwa, pięć żyć nie starczy, żeby dowiedzieć się wszystkiego o bibliofilstwie. Tak, że ja wyraźnie piszę, że każdy bibliofil do śmierci uczy się tego, wchodzi jakby w coraz głębsze czy coraz wyższe poziomy tej znajomości, ale tak odchodząc już od tego, że nikt nic i nigdy nie będzie wiedział wszystkiego o tajnikach książek, o tajnikach zbieractwa, et cetera, to w dzisiejszej Polsce, znając to środowisko co do jednego człowieka, mógłbym wskazać nie więcej niż pięć osób – no chyba nawet przesadziłem – które mają, powiedzmy, ogromną wiedzę, wiedzę taką oszałamiającą. Natomiast – bibliofilów jest bardzo dużo, oczywiście – ale ta intymna wiedza jest niczym ten czarny pas w judo czy kung-fu, nie wiem. To jest zarezerwowane dosłownie dla paru osób. Ja, dla tych paru osób, przypuszczam, że tu odkryć wielkich w tej książce nie będzie, natomiast dla całej rzeszy bibliofilów odkryć, o których nie wiedzą, mnóstwo rzeczy, o których nie wiedzą. Ale wyraźnie powiedziałem, że ja – bardziej niż dla znawców – napisałem tę książkę dla adeptów, dla ludzi, których – pokazując różne, tutaj bardzo cenne często obiekty – ludzi, których chciałbym zainteresować jak bibliofilstwo, przy wszystkich swoich grzechach, czy grzeszkach raczej, jest dość ciekawą i dość fajną formą spędzania życia, bo życie chyba nie powinno polegać tylko na wegetacji fizjologicznej, przez co rozumiem wszystko od garmażerii po seks i tak dalej. Są jeszcze jakieś inne formy zainteresowań i jedną z nich – wydaje mi się, że bardzo fajną – jest bibliofilstwo...

M.W. – Krótko mówiąc jest to...

W.Ł. – Pod warunkiem, że ma się duże pieniądze.

M.W. – No właśnie, to jest książka dla osób bardzo bogatych, jak mniemam. Pan na jednorazowy...

W.Ł. – [1-2 niewyraźne słowa] No wie Pani, nie musi. Bibliofil akurat... Ja, który posiadam ogromny księgozbiór i to rzeczy bezcennych, takich których nie mają nawet biblioteki, Narodowa czy Jagiellonka, a czasem są to... Mam pewne rzeczy, które są w jedynymi egzemplarzami na świecie...

M.W. – Jak pierwodruk „Trenów”.

W.Ł. – Tak. Tak, ale nie tylko. A chociażby herbarz Niesieckiego. To jest jedyny taki egzemplarz na świecie zidentyfikowany. Z takich rzeczy mam sporo, ale ten poziom, ten już najwyższy poziom, olimpijski – to nie znaczy... Ja na przykład udowadniam tutaj taką tezę, choć heretycką dla wielu bibliofilów, że kolekcja książek dziewczęcych, to jest literatura międzywojenna, między I a II Wojną Światową, książki tak zwane lub określone „dla dorastających panienek”. I one często w podtytule mają opis: „dla dorastających panienek”. I to dość liczne tytuły: „Pollyanna”, „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Dorotka” i tak dalej, i tak dalej (cztery okładki nawet pokazuję). I postawiłem tezę, że kolekcja takich książek, którą zebrałem dla swojej córki, jest cenniejsza, niż każdy zbiór starodruków. Ponieważ większość nawet najcenniejszych starodruków... Przykładowo: ja posiadam pierwodruk „Bogurodzicy”, czyli pierwszego polskiego hymnu. On został wydrukowany po raz pierwszy w 1506 roku w tak zwanym „Statucie Łaskiego”, to jest niebywała... W rękach prywatnych znajdują się tylko dwa egzemplarze. W ogóle przetrwało dwadzieścia sześć, chyba, egzemplarzy, z czego dwadzieścia cztery w bibliotekach, i to praktycznie są zniszczone, połowę kartek mają kserowane, et cetera, dwa w rękach prywatnych. Jest to niebywała rzadkość. Otóż ja twierdzę, że to jest mniejsza rzadkość, bo jest dwadzieścia sześć egzemplarzy, od takich książek, tych dziewczęcych, które zachowały się w dwóch, trzech, czterech egzemplarzach. Po prostu: zostały zaczytane na śmierć. No. Skasowane, można powiedzieć, całonakładowo! W związku z tym, dosłownie, postawiłbym taką tezę heretycką, że ten zbiorek literatury dziewczęcej z międzywojnia jest cenniejszy od jakiegokolwiek zbioru starodruków!

M.W. – No i teraz będą o Panu mówić po wydaniu tej książki „heretyk”...

W.Ł. – Nie odpowiedziałem Pani na... Bo ten olimpijski poziom, zarezerwowany dla bardzo niewielu ludzi wcale nie znaczy, że ktoś, kto zbiera rzeczy z piętnastego wieku, że to on jest tylko bibliofil. Są różne poziomy, także finansowe, można prześliczne zbiorki, nie wiem, dawnych wydań poezji dziewiętnastowiecznej, dwudziestowiecznej, et cetera, stworzyć na poziomie rzeczy, które kupuje się za 30 złotych, tylko trzeba je wyniuchać, wychodzić w antykwariacie. Czyli, wie Pani, bibliofil z ogromnymi pieniędzmi i ogromnym domem, w którym może to pomieścić to wcale nie jest jakby automatycznie król bibliofili. Można być skromną myszką, mieć kawalerkę i dwie tylko biblioteczki, i zebrać druczki, o, takie, które, no śmietki, 20-30 złotych, ale rzadkie, ale smaczne, z minionych epok. I to też jest rasowy bibliofil, wspaniały, przed którym ja zdejmę kapelusz. I nie będę się wynosił nad niego, że „ja jestem od ciebie lepszy”. Nie jestem lepszy. Jesteśmy równi sobie.

M.W. – Od czasu do czasu wspomina Pan w swojej książce, że bibliofil może mieć „radochę”. Jaka była Pana największa radocha bibliofilska?

W.Ł. – Tutaj odpowiedź jest prosta, bo to jest ewidentnie odnalezienie, odkrycie jedynego egzemplarza istniejącego pierwodruku „Trenów”, w sytuacji, gdy nauka polska od dawna twierdziła, że żaden już egzemplarz nie istnieje.
Ja tu mam tylko jedną uwagę, że my cały czas rozmawiamy o bibliofilstwie, co może jakby oszukać słuchających nas tu, że książka jest poświęcona bibliofilstwu, czyli zbieractwu, czyli gromadzeniu książek i w związku tym, no na przykład dla mnie – ktoś może powiedzieć – książka może być nieciekawa, ja się nie interesuję zbieractwem, starociami.
Otóż książka w ogóle nie jest o tym.

M.W. – A o czym?

W.Ł. – A to już mówię. Kluczem w tym podtytule jest, znaczy w tym „Patriotyczne Empireum Bibliofilstwa” – kluczem jest „patriotyczny”. To co... taki pobieżny przegląd, jeśli się, ot tak, przerzuci, no to widzi się różne obiekty, książki, meble, ceramikę, et cetera. Ale to są tylko ilustracje do tekstu. Natomiast są tam niesłychanie ważne teksty nie mające właściwie z bibliofilstwem nic wspólnego, tylko z patriotyzmem: Kresy, Piłsudski, et cetera, et cetera, rzeczy, które, sądzę, że będziecie Państwo czytać z wypiekami.
Więc powiadam: ten cały sztafaż ilustracyjny jest w jakimś sensie mylący. Bibliofilstwo tu jest tylko pewną bazą, wyjściem, czy pewnym imaginarium ikonograficznym, ilustracyjnym. Natomiast ja tam roztrząsam, często sensacyjne, rzeczy związane z fałszerstwami dzieł sztuki, związane z paszkwilami, które przewróciły świat w XX wieku, takimi jak „Protokoły Mędrców Syjonu”. Cały rozdział jest temu poświęcony. Takim jak, zupełnie nieznana rzecz a niesłychanie ważna dla naszego... dla naszych walk o niepodległość (to nie tylko powstania, choć jest mowa o powstaniach), ale na przykład tak zwane „tajne lwowskie druki” dziewiętnastego wieku, o które było gigantyczne śledztwo kryminalno-policyjno-sądowe w dziewiętnastym wieku. To są pasjonujące historie.
Tymczasem my gadamy o bibliofilstwie, czyli o kupowaniu książeczek i układaniu ich na półce! To w ogóle nie o tym jest książka! Mówię o tekście, o treści. Oczywiście są... ja się posuwam często do bardzo kontrowersyjnych stwierdzeń, jak na przykład to – macie tutaj w książce Państwo expressis verbis w kilku miejscach powiedziane – że takie miasta jak Lwów czy Wilno, miasta bardzo polskie, są dalej polskie tylko są chwilowo pod okupacją wroga. Jakkolwiek to brzmi niepoprawnie politycznie, to nie jest z mojej strony – takie zdanie – błyskotka, ot tak rzucona, żeby wywołać trochę fermentu, jakichś kontrowersji – słuchajcie: nie! Nie czas teraz i nie miejsce, żebym ja przez mikrofon tłumaczył to co jest w tej... Ale ja to uzasadniam tam w sposób dość precyzyjny, jakie ja mam prawo tak mówić. Cytuję tam swój... To nie jest tylko nasze prawo historyczne, to nie o to chodzi, cytuję tam na przykład powiedzenie jednego politologa, że „musimy się niestety z tym pogodzić, taka jest prawda i czy nam się to podoba czy nie, musimy się z tym pogodzić, że Lwów i Wilno są stracone na zawsze”. [Poniższy fragment został wypowiedziany niezwykle dobitnie i z pasją]
Otóż ja to wyśmiewam. To jest idiotyzm. Proszę Państwa, na zawsze to miało być imperium Sumerów. Na zawsze to miało być imperium egipskie. (trwało trzy tysiące lat). Na zawsze to miało być imperium rzymskie, które obejmowało cały świat ówczesny. Też miało być na zawsze. A czy imperium Habsburgów nie miało być na zawsze?! A Trzecia Rzesza miała być tysiącletnia! A Sowiety miały też trwać w nieskończoność! Wszystko było na zawsze!!!
Nic się nie udawało na zawsze. Wszystko rozpadło się jak domek z kart! Historia jest tak nieprzewidywalna, tak kapryśna, że wszystkiego można się spodziewać! Więc niech mi nikt nie mówi głupot, że coś jest na zawsze w historii, bo to mnie może tylko zabić śmiechem! Za dobrze znam historię!
To tyle tak na krótko, no wie Pani, te rzeczy są dokładnie opisane w książce.

M.W. – Może ktoś z Państwa ma pytania?

[Po prawej stronie małego podium – tej stronie, gdzie siedział Pisarz – jakiś mężczyzna, najprawdopodobniej nie będący dziennikarzem, lecz czytelnikiem, przedstawił się, ale tak szybko i niezbyt wyraźnie, że nie zdołam ustalić jego personaliów; nazwę go G. – gość; niestety, mówił bez mikrofonu i niegłośno, więc nie jestem w stanie odtworzyć całej jego wypowiedzi].

G. – [...]. Ja chciałbym zadać Panu pytanie bardzo prozaiczne: co się stało, że po raz pierwszy, z czego się bardzo cieszę, poszukał Pan wydawcy, który promuje Pana książkę? [...]

W.Ł. – Jak to „co się stało”? No stało się to, że napotkałem dobrego wydawcę, po prostu. [Tu Wilk się śmiał, kończąc zdanie].
Ciekaw jestem, jak ta promocja się rozwinie? Przykładowo... Ja przede wszystkim tego typu spotkań, przy całym szacunku dla Państwa, nie lubię. Wszyscy, którzy mnie znają doskonale o tym wiedzą. Jestem kontraktem, jak gdyby, przez wydawcę zmuszony do tego. Mam za sobą dwa doświadczenia, oba nieprzyjemne, znaczy oba z tego roku, to jest trzecie. Oba nieprzyjemne, każde w inny sposób. Wrocław, w Warszawie „Traffic”. We Wrocławiu, znaczy „nieprzyjemne” to w pozytywnym cudzysłowiu, gigantyczne tłumy, ludzie stojący tysiącami w kolejkach, cały Wrocław, przez parę ulic od „Empiku”. I po paru godzinach podpisywania, ale takiego na okrągło, gdzie te setki osób stojących, powiadam, stojące na paru piętrach na schodach, a potem jeszcze ten wąż przez kilka ulic Wrocławia, więc po paru godzinach przeszedłem na podpisywanie, Państwo są świadkami, bo byli [Pan Waldemar zwrócił się w kierunku osób siedzących przy najbliższym stole po lewej stronie sali] na już tylko bez... Znaczy stawiałem tylko [tu Pan Waldemar zrobił ruch jakby stawiał podpis], bo się bałem, że do rana trzeba będzie podpisywać, że po prostu będę siedział całą dobę.
I odwrotnie. „Traffic” był kiedy? Parę miesiące temu...

M.W. – W czerwcu.

W.Ł. – Tak. Jakaś bardzo słaba reklama czy co? Coś co dla mnie... Mówią, że Warszawa jest jakby zepsuta. To znaczy w Warszawie codziennie jest tyle atrakcji, że Łysiak mógł być atrakcją dla Wrocławia, ale nie dla Warszawy. W związku z tym przyszło, no ile, kilkadziesiąt osób, sto, coś takiego. Co w sumie skończyło się bardzo sympatycznie, ponieważ podpisywanie zajęło mi niecałą godzinę, to przez parę godzin sobie usiedliśmy i pogadaliśmy, ci ludzie byli szczęśliwi i było bardzo fajnie.
Tak że z tymi promocjami jest różnie, nie mam pojęcia, jak będzie dzisiaj.
Troszkę... Wie Pan, jestem troszkę jakby niewolnikiem – niewolnikiem wydawcy. Podpisałem pewien kontrakt i rzetelnie staram się... Czyli stawiam się tam, gdzie mi każą, siadam przy stoliku, odpowiadam na pytania i udaję człowieka kulturalnego.

M.W. – Czy ktoś z Państwa ma jeszcze jakieś pytania do Waldemara Łysiaka?

W.Ż. – Waldemar Żyszkiewicz, „Tygodnik Solidarność”, witaj...

W.Ł. – Aaa! Nie zauważyłem Cię.

W.Ż. – Dziękuję za zaproszenie...

W.Ł. – Bardzo Cię... bardzo Cię przepraszam. [Pan Waldemar wstał, zszedł z podium w kierunku pytającego, ze słowami wyjaśnienia „stary znajomy”, przywitał się z Panem Żyszkiewiczem – Panowie powiedzieli sobie „cześć”, uścisnęli grabule i Wilk wrócił do stolika].

W.Ż. – Usłyszeliśmy... Chciałem zadać to pytanie, Pan mnie uprzedził, o [1-2 niewyraźne słowa] mniej więcej wiemy, więc z tego rezygnuję, bo odnoszę się do tej uwagi na wstępie tej dylogii, że to jest niejako kontynuacja „Wyspy zaginionych skarbów” i zadam inne pytanie. Wiem mniej więcej co...

W.Ł. – Czekaj, czekaj. Wejdę Ci w słowo, bo w sumie nie rozpatrywaliśmy tutaj problemu, dlaczego zmieniłem wydawcę, bo Pan zadał pytanie...

W.Ż. – O promocję.

W.Ł. – O promocję...

W.Ż. – Ja chętnie postawię takie pytanie.

W.Ł. – Nie, nie, nie. To jest pytanie trochę jakby drażliwe, ale ja się nie boję tego rodzaju pytań. Oczywistą jest rzeczą, i to na to nawet nie trzeba odpowiadać, że gdyby dalej zadowalała mnie współpraca z poprzednim wydawcą, to bym z nim współpracował.
Ponieważ nie jestem typem zdrajcy – nazwijmy to – który jak gdzieś poczuje lepsze pieniądze to, nie wiem, zdradza żonę, przyjaciela et cetera. Lojalność uważam za, za... jakkolwiek by to, nie wiem, nie brzmiało tromtadracko, za jedną z najprzyzwoitszych czy najważniejszych cech człowieka.
A więc jeżeli zmieniłem wydawcę, to znaczy, że współpraca z tamtym zaczęła się układać źle. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale twierdzę, że nie z mojej winy. Nie z mojej winy. Ja to wytrzymywałem przez rok i w pewnym momencie powiedziałem „Dość”. I stąd, stąd musiałem poszukać sobie nowego wydawcy. I tak, tak ta prawda wygląda.

W.Ż. – Rozumiem, dziękuję. To w takim razie zapytam o rzecz inną. Wiemy mniej więcej – już Państwo słyszeli – trudno mi zwracać się do Autora przez „pan” skoro...

W.Ł. – Nie, nie, nie. Od lat jesteśmy na „ty”.

W.Ż. – A zapytam, czy czytałeś może ostatnio coś takiego, co Tobą poruszyło? Przy czym, przy czym oczywiście to pytanie adresowałbym, kierując wektor na literaturę niefachową, nienaukową, jakąś taką specjalistyczną, chodzi mi o literaturę piękną.

W.Ł. – Odpowiedź znasz jakby z góry, że tak powiem, bo to, co najbardziej mną poruszyło w sensie literackim, czy w sensie publicystycznym – jak to zwał – czy kulturowym to są, nazwijmy to eseje – być może, trzebaby szukać jakiegoś innego, lepszego jeszcze określenia – Jerzego Narbutta. Po prostu. Po prostu. Tak mi się w pierwszym momencie... jak sobie przypominam. Wiesz, nie pytaj mnie o tak zwaną wielką literaturę, no bo wielką literaturę czytałem trzydzieści lat temu, czasami wracam do tego, ale... Natomiast literatury współczesnej, światowej, tej... nawet te wielkie nazwiska – za bardzo nie cenię. To są, to są, moim zdaniem, rzeczy przereklamowane, prze... No, nie widzę w literaturze światowej – mówię o tej z najwyższej półki, to znaczy ci idole – nie widzę pisarzy poziomu Babla, Saint-Exupery’ego et cetera, et cetera, tych moich wielkich idoli literackich.

W.Ż. – Odpowiedź sprawia mi przyjemność, ale trafia w dziesiątkę, bo w zasadzie myślałem o... znaczy chciałem Cię sprowokować do wyrażenia opinii o ostatniej „Twarzy portretu” – też Jerzego Narbutta.

W.Ł. – Mówisz „Jerzego Narbutta”.

W.Ż. – Tak, o tej powieści.

W.Ł. – No i tutaj przyszła koza do woza. Ja po prostu nie umiem... nie umiem się wyślizgać z odpowiedzi jakiś czczym komplementem. Choć jakby... dość ubarwmy to: to jest sympatycznie napisane, ale to nie zrobiło na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia.

W.Ż. – Rozumiem, dziękuję...

W.Ł. – Muszę tak, bo czuję tak... z bólem jakby, bo wiem, że oczekiwałeś innej odpowiedzi. Tyle. Wiem, znam Twoją recenzję, wszystko wiem. To jest dobra literatura, ale to nie jest literatura, która rzuca mnie na kolana.

W.Ż. – No to ja tę recenzję pisarską nie uczyniłem [lub podobne słowo].

W.Ł. – A, to przepraszam. Ale to w „Tygodniku” to...

W.Ż. – Tak, tak.

W.Ł. – A tak, dobrze. Natomiast te krótkie formy, te eseje Narbutta – one rzucają mnie na kolana.

W.Ż. – Ale mówisz o [1 słowo] czy nie? Czy o innych rzeczach?

W.Ł. – O tych poprzednich, tak. I to nie tylko, wiesz... To znaczy tam zachwycające i nie tylko jakby forma, literacka forma – znakomita, nienaganna – ale także ta jasność, ostrość spojrzenia i odwaga wypowiedzenia pewnych rzeczy, które już są tak straszliwie niepoprawne politycznie, że to aż głowa boli.
Jeżeli ja czytam coś, co sam duszę w sobie od dwudziestu lat! Od trzydziestu lat! I wstydzę się to powiedzieć! Głośno! Mnie zabrakło odwagi! O, tak bym powiedział. To znaczy wyjdę na już zupełnego głupka, to znaczy, że cały świat kultury, studenci, krytycy i tak dalej, wszyscy stwierdzą, że Łysiak się nadaje, nie wiem, do robienia komiksów, czy sprzątania w biurach, gdzie robią komiksy. Ja bym nie odważył – Narbutt się odważył napisać, to co tak naprawdę przedstawia swoim poziomem literatura Dostojewskiego. Mnie zabrakło odwagi, no! Bo Dostojewski to tu jest tak potwornie... ja potrafiłem pół Krakowa... chociaż też Hen się pierwszy, Hen pierwszy napisał bardzo słusznie... Ja nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego „Mistrz i Małgorzata” jest w tych rankingach ciągle czymś tak... pierwsze, drugie miejsce. Hen mnie też tu wyprzedził. Hen napisał, że właściwie w „Mistrzu i Małgorzacie” dobre są tylko partie Piłata, a cała reszta to są kawałki typu „Krakadił”. I to jest dokładnie to samo, co ja tutaj...! O, znalazł się odważny, który potrafił! A tutaj Narbutt potrafił też o Dostojewskim napisać, to co od dawna myślę! Tylko się wstydzę i ze strachu boję otworzyć gębę, żeby się nie ośmieszyć! No jak można... pieska choćby takiego małego zawiesić na Dostojewskim?! Na taaakim gigantycznym pomniku!

W.Ż. – Dziękuję.

M.W. – Czy jeszcze jakieś pytania? [Chwila ciszy]. Dziękujemy bardzo...

W.Ż – Przepraszam, jeśli...

M.W. – Tak?

W.Ż. – Jeśli nie ma pytań, nie chciałem tutaj monopolizować, to ja mam jedno pytanie, które jakby, że tak powiem, chciałem oficjalnie zadać. [Jedno zdanie dla mnie nie do odkodowania – Pan Żyszkiewicz mówił je bardzo szybko i niewyraźnie]. Tygodnik – „Tygodnik Solidarność” mam na myśli – od kilku miesięcy prowadzi taką akcję „Tworzymy kanon polskiej literatury dwudziestego wieku”. [Tu znowu dwa zdania niewyraźne pytającego i jedno zdanie odpowiadającego – niestety, na to nic nie mogę poradzić bez odpowiedniego sprzętu].

W.Ż. – Właśnie chciałem zapytać, czy widzisz jakiś sens w takim...

W.Ł. – Żadnego. To znaczy jeżeli, jeżeli mógłbym... jeżeli byś mi to pytanie zadał przed opublikowaniem pierwszego tego, bo tam publikujecie dość regularnie przysyłane Wam listy, znaczy listy rankingowe, to bym pewnie „tak” powiedział, na dwoje babka wróżyła. Mam złe, że tak powiem, złą opinię o jednak zlewicowanych – może nie tak aż jak francuscy, ale jednak po ich wpływem mocno – polskich krytykach, recenzentach, tych wszystkich od... jurorów od... że tak powiem „r o z g r y w a j ą c y c h”. Wiesz, co przez to rozumiem. Całą tę michnikiadę i okolice. Kiedyś to nie była michnikiada, a przecież można to było kiedyś inaczej... ale to było to samo...

W.Ż. – To samo...

W.Ł. – Tak, tak, to jest ten salon...

W.Ż. – Warszawsko-krakowski.

W.Ł. – I tak dalej. Wiem, co o nich myśleć i kiedyś nawet w jakimś eseju dość mocno się przejechałem po tym całym towarzystwie. O ile przed byś zadał mi to pytanie, to powiedziałbym: „No to zróbcie, no ciekawe”, to teraz, jak to czytam, to budzi mój pusty śmiech. Znaczy to jest jakby... Te listy, które drukujecie to jest dowód na dwie rzeczy jakby. Głupota, powiedzmy sobie pełnym słowem – punkt pierwszy. Jakby brak au-ten-tycz-nej wrażliwości literackiej u większości tych ludzi.
I dwa: ich zlewicowanie, właśnie w kierunku tej poprawności politycznej, tylko – Waldek – nie rozum w tym przypadku stwierdzenia „poprawność polityczna” w sensie amerykańskim, „political correctness”, bo to są inne, inne sprawy. Wiesz, tam że Leonardo był Murzynem, a Rafael, nie wiem, Aztekiem. Natomiast chodzi mi o tę polską poprawność polityczną, tę jeszcze z PRL-u wziętą, pamiętasz, od Andrzejewskiego...

W.Ż. – Co wypada, co nie wypada...

W.Ł. – Co wypada, co nie wypada. Kto jest dobry, kto nie jest dobry. Kto jest ciekawy, kto nie jest ciekawy i tak dalej. To, okazuje się, ten skansen dalej w tych łebkach trwa i część tych odpowiedzi to jest... no cudowny dowód na ten skansen.
A część tych odpowiedzi to jest wręcz, wiesz, jakby to powiedzieć, pomieszanie własnej niekompetencji ze wspominkami lektur szkolnych – o, tak bym to nazwał. Bo chodziło się do szkoły, załóżmy w latach sześćdziesiątych i pani kazała to czytać.

W.Ż. – Dziękuję.

M.W. – Zanim... na zakończenie tylko jeszcze, chciałabym Pana zapytać, bo pewnie trudno będzie znaleźć taką informację, czy rozstrzygnęła się sprawa przekazania pierwodruku „Trenów” Bibliotece Kórnickiej?

W.Ł. – No nie, no... ja cały czas...

M.W. – Pan czekał właśnie do tego roku.

W.Ł. – Nie wiem czy się [1 słowo], nic nie wiem. Ja cały powtarzam i nie przestanę powtarzać: to nie jest rzecz, którą ja bym chciał zostawić w testamencie czy w spadku swoim dzieciom, czy swojej rodzinie. Ja to kupiłem dla narodu polskiego, nazwijmy to. Znowu wiem, że to strasznie pompatycznie, tromtadracko brzmi i tak dalej, no ale tak muszę powiedzieć, bo tak prawda tak wygląda. Ja kupiłem dla Państwa [Wilk zwrócił się do zebranych na sali], jakkolwiek to zwał, dla biblioteki jakiejś czy coś, no w każdym razie nie dla siebie. Nie po to, by moje dzieci to przejęły w spadku, a potem handlowały tym gdzieś. Chcę, żeby to trafiło w ręce państwa polskiego, do jakiejś godnej biblioteki, gdzie... Z chęcią to przekażę, tak jak chciałem przekazać, co się nie udało, a co trwało... nie ma tu sensu mówić o szczegółach – rzecz jest opisana w innej książce bardzo, bardzo dokładnie.
Ciągle mam nadzieję, że taką bibliotekę znajdę – i najchętniej to byłby Kórnik właśnie – gdzie aktem notarialnym przekażę wszystkie prawa własności. Natomiast chcę być dożywotnim de-po-zy-ta-riu-szem, no prosta sprawa. W momencie mojej śmierci rzecz automatycznie staje sie, na podstawie tego zapisu, prawną własnością Biblioteki Kórnickiej czy innej.

M.W. – Dziękuję Panu bardzo za spotkanie.

W.Ł. – I ja dziękuję.

M.W. – Państwu dziękuję również. [Oklaski]


Specjalne podziękowania dla Grzecha za spisanie rozmowy.




Copyright (c) 2003 Arkadiusz Mroczek, Łukasz Sikora Wszystkie prawa zastrzeżone